Przy tej biografii pozwoliłem sobie skorzystać z artykułu
Mikołaja Ludwiczaka, który ukazał się w magazynie
Plastik w 1998 roku. Po prostu materiał był na tyle dobry, że nie było sensu wymyślać czegoś nowego, tylko wystarczyło uzupełnić go o bardziej aktualne informacje.

Joey Beltram pochodzi z dzielnicy Queens, w słynnym New York City. Jest dzieckiem Meksykanina i Włoszki. Nie jest nowością, że emigracyjny status nie ułatwia życia. Szczególnie w Nowym Jorku. Joey musiał walczyć o przetrwanie i ćwiczyć swój charakter w jednym z najtrudniejszych półświatków na Ziemi.
Do ciężkich warunków musisz się przystosować - wspomina - Jeśli nie dasz rady, zginiesz! Zawsze próbowałem wydobyć z mojego życia, co było najlepsze. Nawet, gdy było mi bardzo ciężko. Dlatego udało mi się zwalczyć moje otoczenie. Mam szczęście, bo większości dzieciaków się to nie udało. Jest wśród nich masa poczciwych ludzi, ale nie potrafią nie być ofiarami swojego otoczenia. Nowojorskie ulice i podziemia metra to otoczenie, w którym trzeba znać metodę na przetrwanie. Trzeba mieć coś, dzięki czemu budzisz respekt na ulicy - mówi.

Dla młodego Beltrama takim czymś było graffiti. Zdobył spore uznanie jako użytkownik spraya, zdobiąc smutne fragmenty muru oraz stacje i tunele metra swoimi ekspresyjnymi malunkami. Podpis POES - takiego miał wówczas taga - można do dziś znaleźć pod wieloma kolorowymi mozaikami graffiti, w wielu podejrzanych miejscach Nowego Jorku. Taki tag widnieje także na murze przy wejściu do klubu Tresor w Berlinie.- "To jest jak nałóg. Spędziłem na tym najlepsze lata mojego szczeniactwa. Tego nie da się po prostu odstawić. Teraz jednak prowadzę inne życie. Muzyka jest jego treścią. Choć nieraz mam potrzebę wyjścia po ciemku w miasto, by coś wysprayować...".
Wściekłość i rozczarowanie, które towarzyszyły Beltramowi od dawna, znalazło na szczęście także inne, oprócz graffiti, ujście. Stała się nim muzyka. To ona okazała się jego przeznaczeniem. Silny charakter i wielkie zdolności wyniosły go, w ciągu kilku zaledwie lat, na szczyt.

W 1983 roku, jako zaledwie 12-latek, po raz pierwszy staje za kółkiem gramofonu. Natomiast już 5 lat później (!!!) wydaje swoją debiutancką płytę. Jest to maxi-singiel, wytłoczony nakładem oficyny Nu Grooye z NY. Po nim pojawiają się kolejne, dla innych lokalnych oficyn Atmosphere i Easy Street. Z tego okresu pochodzi też chicagowska Ep-ka "Forgotten Moments". Beltram występuje tu pod kryptonimem Cold Six i, jak twierdzi, jest to jego pierwsze wydawnictwo "z prawdziwego zdarzenia". Słusznie, bowiem jej wydanie i ciepłe przyjęcie owocuje pierwszym poważnym kontraktem płytowym z belgijską firmą R&S Records. To nie pierwszy przypadek, gdy młody amerykański muzyk z kręgu techno, musi szukać zrozumienia dla swojej twórczości w Europie. W końcu 1989 r. wyrusza do belgijskiego Gent, do dziś swego ulubionego europejskiego miasta. Tutaj kontynuuje nagrywanie kolejnych singli, "Vortex" i "Mentasm", wydanych przez Mundo Music i Second Phase. Oprócz żmudnej ekspansji w Europie, nie rezygnuje także z rynku amerykańskiego. Wydany pod szyldem Direct, singiel "Let It Ride", ma spory posłuch w rodzimym kraju. Jednak Stany nie są otwarte na nowe brzmienia:

- "Tam dla wielu ludzi techno było po prostu za ciężkie i zbyt dynamiczne. Nowy Jork żył wtedy housem z wokalami, pianinkami i innymi pierdołami. Fani takiej muzyki w ogóle nie skumali mojego stuffu, bo był zbyt zwariowany i, jak twierdzili "without soul" (bezduszny). Brakowało im ucha na takie rzeczy "- wspomina Beltram.
Tak naprawdę jednak, momentem przełomowym w ogólnoświatowej karierze Joey'a, jest rok 1990. Wtedy, nakładem Transmat (US)/R&S (Europa), ukazuje się singiel "Energy Flash". Ten, znany chyba wszystkim fanom muzyki mechanicznej na świecie, mega-hit czyni z Beltrama postać dla techno kluczową. Odtąd można mówić o prawdziwej rewolucji w progresywnej muzyce tanecznej. Dzięki Beltramowi i produkcjom mistrzów ze szkoły Detroit, techno staje się nie tylko najbardziej uniwersalną młodzieżową rewoltą, ale także najbardziej awangardową formułą "rozrywki".
Aby nie budzić wątpliwości, wkrótce po oszałamiającym sukcesie "Energy Flash", Beltram wydaje swój debiutancki album. Jego tytuł jest skromny i brzmi "Beltram Vol. 1". Ta płyta rozwiewa, mogące pojawić się tu i ówdzie wątpliwości, że Joey jest klasyczną jednosezonową gwiazdą. Mimo sporego sukcesu płyty, pojawia się rozdźwięk między szefem R&S a Beltramem o tzw. "muzyczne niezgodności". Obaj rozstają się pokojowo, ale Joey jest na lodzie. Przychodzi czas kolejnej próby. Młody nowojorczyk wychodzi z niej zwycięsko i koncentruje się jeszcze mocniej na rozwoju własnego talentu. Uparcie pracuje nad muzyką, nie opuszczając praktycznie studia nagraniowego. Szlifuje swoje umiejętności i zawiesza wydawanie płyt na dwa lata. W tym czasie zajmuje się także dj'owaniem i osiąga w tej materii mistrzostwo. Przy okazji nie traci kontaktu ze środowiskiem, odwiedzając wszystkie najważniejsze kluby w Europie i Stanach.
Beltram wraca na rynek w 1992 r. Ep-ką "Calibre", wydaną przez Warp. W międzyczasie ukazują się też jego nagrania z lat 1989-91, na płycie "Beltram Re-Releases 89-91". W zasadzie pozycja Beltrama, jako jednej z kluczowych postaci światowego techno, jest już ugruntowana, ale wciąż brakuje mu porządnego kontraktu płytowego. Wciąż wydaje, jego płyty są doceniane, ale brak opieki sprawnej, zaangażowanej w jego sprawy firmy, spędza mu sen z powiek. Szansa pojawia się trzy lata później, kiedy trafia do Tresor Records. Nieograniczona wolność artystyczna, a jednocześnie sprawnie zorganizowana dystrybucja i promocja. No i profil artystyczny - gdzież mógłby czuć się Lepiej, niż wśród Millsa, Hooda, Vogla, Atkinsa czy Baxtera? Wkrótce po związaniu się z berlińską oficyną, nagrywa dla niej album "Places", jedną z najlepszych płyt w historii techno. Joey jest nareszcie osadzony w konkretnym układzie:

-"Ciągle szukałem takiego układu, który pozwoliłby mi tworzyć, nie odciągając mnie od pracy. Mam za sobą wiele złych doświadczeń z wytwórniami płytowymi. Jeśli chodzi o sprawy finansowe chcę mieć spokój, a nie budzić się w nocy i zamartwiać o to, z czego jutro będę żył. Wreszcie pracuję w wytwórni, której mogę ufać i która dobrze wykonuje swoją robotę. Pewnie ideałem byłoby mieć własną wytwórnię, ale to wymagałoby zbyt wiele czasu. Jestem artystą i chcę tworzyć muzykę. Chcę być kreatywny, a nie bawić się jeszcze w kupca...".
Tresor ma swoje wielkie dni. Wydaje w tym samym roku "Waveform Vol 3" Millsa, genialny "Internal Empire" Hooda, "Absolute Time" Vogla i wiele innych wielkich płyt. Jesienią 95' organizują wspólną trasę, na której występują Beltram, Vogel i Baxter. Wszystko wygląda super zachęcająco. Niestety, pojawia się wkrótce wielki problem, wynikający z nieszczęsnego układu Tresora z dystrybucyjną firmą Logic. Ta ostatnia nie dopełnia umowy i mimo znakomitej pracy wytwórni, dystrybucja kuleje. Najlepsze tytuły wytwórni i jedne z najwybitniejszych płyt w historii techno, przepadają w komercyjnie nastawionej firmie dystrybucyjnej. W roku 98' na szczęście wyprostowują ten pechowy układ. Wszystkie "zaginione tytuły" Tresora powracają do normalnego obiegu, dzięki starej, dobrej firmie EFA, specjalizującej się w muzyce undergroundowej. W zasadzie to tak, jakby wszystkie te wybitne płyty ukazywały się dopiero teraz, z opóźnieniem. Beltram także powraca do Tresora, by przygotować swój nowy album. Zapowiadająca go Ep-ka "Ball Park" ujrzała światło dzienne w 1998 roku. To wielka wiadomość! W trakcie, gdy trwały niezawinione problemy wytwórni z dystrybucją, Joey związał się na jakiś czas z zasłużoną brytyjską Nova Mute. Dla niej wydał doskonały album "Close Grind" pod szyldem JB3. To porcja wspaniałej muzyki, świadectwo rozwoju talentu wielkiego Joeya. Jednak niedoścignionym, absolutnie doskonałym arcydziełem pozostaje wydana w 1995 r. "Places".

To arcydzieło minimalistycznego techno. To płyta ukazująca indywidualny i niepowtarzalny styl Beltrama. Siła poszczególnych utworów zasadza się na ich przemyślanej do bólu kompozycji. Każdy z nich to perła metalicznie brzmiących bębnów, wspaniałych, maksymalnie szalonych brzmień efektów, klawiszy i sampli. Beltram oprowadza nas po zakamarkach swojej duszy w sposób niezwykle sugestywny. Jest mistrzem freejazzowej wrażliwości połączonej z rytmami industrialnej samby. Komputerowy język jego muzyki wydaje się bliski, choć przecież tak odrealniony. Dopieszczone do perfekcji są dosłownie wszystkie fragmenty.
Beltram to jedna z największych indywidualności w całej historii techno. Jego styl jest niepodrabialny, natychmiast poznawalny. Joey nie daje się szufladkować. Jest artystą z prawdziwego zdarzenia:
- "Do każdej nowej produkcji podchodzę z pozycji artysty. Raczej nie jako kompozytor, a bardziej jako malarz, który swoim pędzlem wyczarowuje swoją sztukę na nieobrobionym płótnie. Zawsze pracuje się w specyficznych warunkach, poszukując inspiracji. Można się oczywiście spontanicznie wykrzyczeć. Ale nie o to chodzi. Nie twierdzę, że z gruntu nie może się to udać. Ale jednak dzieła prawdziwych artystów, takich jak Michał Anioł, oddają całą duszę, całe swoje życiowe doświadczenie. To jest dopiero coś autentycznego. I to jest właśnie rzecz, którą próbuję zrobić ze swoją sztuką. Nie siadam za maszynkami i nie próbuję zrobić po prostu kolejnego hitu, ale tworzę swoją muzykę zwyczajnie. Staram się, by pochodziła z mojego serca, z pierwotnej duszy, aby kształtowała ją moja osobowość. Kiedy tworzę naprawdę się staram. Jestem prawdziwym wołem roboczym. Wszystko po to, by nadać każdemu kawałkowi prawdziwe życie. Chcę być z nich po prostu dumny".
Teraz przydałoby się kilka słów na temat kolejnego albumu Beltrama tylko, że ciągle go nie ma. Od czasu "Ball Park" Beltram nic nie nagrał dla Tresora. Ukazały się jedynie jakieś EP'ki dla innych labeli oraz kilka różnych dj-miksów. Następca "Places" jest na pewno jedną z najbardziej i najdłużej oczekiwanych płyt w historii muzyki techno.