
Środek dnia, samo południe. Nie ma jednak słońca.
Wokół szarość, liście, brudna ziemia.
Indianie tańcząc przy ognisku nucą pieśń.
Twardy i surowy bęben wybija rytm kopyt.
minimalistyczny rytm
bez linii basu
klarnet
pojawia się stopa
klarnet ciągnie melodie, buduje napięcie
harmonijka w prawym kanale
potem wraz z klarnetem w obydwu
na koniec damska wokaliza
wspina się wysoko w górę, potem w dół
i jeszcze raz, pokonuje tą samą drogę
po czym milknie
Jeszcze trzy razy
budzi się
zlana nostalgicznym
tonem
Jakby prosiła o pomoc
niezrozumiałym językiem.
Po chwili gaśnie
przytłoczona nieuchronną
ciszą, która wszystko
kończy
i
Zaczyna się podobnie jak poprzedni, lecz tu rytm basowy, czyli stopa jest na cztery czwarte. Po chwili między nie, owe stopy, wkrada się cichy dźwięk hi-hatu. I mamy rytmik housowy. Ale jest niepokojące ambientowe tło i jeden rytmiczny glitch. Wszystko odbywa się jakby w zduszonej, klaustrofobicznej atmosferze. Napięcie w utworze narasta po dodaniu kolejnego synthu, aż osiąga poziom kulminacyjny w melodii i samplu wokalnym, o których można by w skrócie powiedzieć, że wpadają w ucho.
Delikatny, niby to dźwięk fortepianu, subtelnie łechta. Brutalnie przerywa mu głos mówiącego robota, zapowiadający co będzie działo się dalej: surowe elektro prowadzone ręką impresjonisty, delikatny, jakby za lekki beat, wydawałoby się ze zarysowany tylko motyw głównego synh-basu; namalowana plamami, nieregularnie rytmiczna jego czerń. I we wszystko wpleciony klarnet, jak żółć van Gohga, ożywczy z jednej lecz nostalgiczny z drugiej strony. Niby-fortepian z początku powraca wraz z nowym elementem tworząc tło - uwypuklające pierwszy plan, lecz jednocześnie pełne szczegółów i zwracające uwagę. Obraz wydaje się dokończony, lecz pojawia się jeszcze jeden, ledwie melodyjny, niepokojący, charakterystyczny dla klimatu całego dzieła motyw. I to on kończy je, wydaje się nie być jednak jego zwieńczeniem.
W południe, nad Warszawą zaświeciło słonce. To był dobry dzień. Wszedł do klatki. Jak każda brudna, napisy niewiadomocoznaczace na ścianie. Miał nadzieje że nikogo nie spotka i nie będzie musiał czekać na windę długo. I na jego szczęście już stała na parterze. W windzie tak samo brudno. Wsiadł i wcisnął 10. Jechał około 50 sekund, czas dłużył mu się. W połowie pęknięte lustro wypełniło mu czas. Wysiadł, po czym schodami wszedł na półpiętro miedzy jedenastym a dwunastym piętrem. Otworzył okno.
Widok Słońca nad Warszawą był tego wart, pomyślał, i...
Włączył płytę jeszcze raz.