
Działający już na scenie muzycznej około półtora dekady Josh Wink-właściciel labela OVUM, mający w swoim dorobku remixy między innymi dla takich tuzów jak Clint Mansell, Paul Oakenfold czy Depeche Mode oraz multum release’ów dla wielu cenionych wydawnictw, na początku lat 90’ przebił się do mainstream’u przede wszystkim za sprawą acid housowego klasyka „Higher State of Conciousness” i zdaję się być podobnie jak on- nieśmiertelny i ponad czasowy.
W lutym tego roku wydał swój czwarty studyjny album o dość, mogłoby się wydawać, błahym tytule:”When a Banana Was Just a Banana”. Wskazuje On na próbę powrotu do korzeni, gdy muzyka była celem i środkiem, a ludzie nie utożsamiali się z konkretnym stylem, szufladkując ją i kategoryzując. Sam powiedział:”Mówi On o straceniu przez muzykę niewinności. Muzyka, kiedy dorastałem była po prostu muzyką. Nikt nie był wyśmiewany z powodu swoich muzycznych poglądów, a ja słuchałem wszystkiego”.
Na albumie, wydanym na Ovum Recordings,(bo jakże by inaczej) filadelfijczyk umieścił 9 kawałków. Zdecydowanie główną jego cechą jest różnorodność i bogactwo nastrojów Całość otwiera „Airplane Electronique”, ze swoim skocznym, tribalowym dzięki bongosom posmakiem. Świetne otwarcie dzięki beztroskiemu, ciepłemu i pozytywnemu, niemalże garage’owemu groove’owi. W następnym-„Counter Clock 319” tempa znacznie spada. To progresywne odliczanie brudnego, pokręconego i warczącego bass’u, okraszonego wściekłymi sekwencjami crashy i snare’ów. Trzeci numer to „What Used To Be Called Used To Be”, świeży, parkietowy i taneczny acid house, jeden z moich faworytów. Artysta, co raz to zmieniając tempo i klimat jako czwarty numer wrzucił „Jus’ Right”-prawie deep houso’wy, letni, melodyjny kawałek kojarzący się z housem drugiej połowy lat 90. Następny w kolejce, dający trochę wytchnienia i uspokajający jest „Dolphin Smack”-senny, głęboki, przyjemny breakdown, z dryfującymi synthami i Detroitową nutą w stylu Carl Craiga. Po nim znów „wracamy” na parkiet dzięki jackin’ house’owej nucie „Minimum 23”. Przesączony mnogością różnych efektów, kręcący i skoczny, z wyczuwalnym wpływem starej szkoły house’u z Chicago. Z „Everybody To The Sun” chyba najbardziej „nowoczesnym”, z często teraz powielanymi przez pseudo minimalistów plumkającymi motywami. Znów schodzimy głębiej a klimat, podobnie jak w kolejnym „Hypnoslave” staje się bardziej monotonny, hipnotyczny, ale i lekko nudnawy. Na sam koniec czeka nas już wcześniej ciepło przyjęty singiel „Stay Out All Night”. Poruszająca i pozytywna fuzja klawiszy, smukłe hihaty, wszystko energicznie i skoczne, wsparte lekko jazz’owym tchnieniem.
Nie zawsze różnorodność jest czynnikiem pozytywnie wartościującym album. Tu jednak huśtawka klimatów zdecydowanie działa na korzyść. Wpływy różnych scen, założenie powrotu i nawiązanie do starej szkoły, wyszło Wink’owi naprawdę nieźle.. Połączył, niezapomniany, taneczny smaczek house’u lat 90,do jakiego wielu nam tęskno, ze świeżym i nowym, współczesnym spojrzeniem, wypuszczając album zdecydowanie warty sprawdzenia nie tylko ze względu na poziom i renomę autora.